Jakub Pilarek autorem tego textu.IV RP nadchodzi...

http://niezalezna.pl/46344-broad-peak-jedwabne

Broad Peak a Jedwabne
Dodano: 23.09.2013 [19:30]
Broad Peak a Jedwabne - niezalezna.pl
foto: GP
Wysokościomierz wskazuje wysokość dzięki pomiarowi ciśnienia powietrza. Dyskusja, która rozpętała się po tragicznej śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego na Broad Peak w Karakorum, dowiodła, że są ludzie, dla których jest to także narzędzie do rozwiązywania dylematów etycznych.

Broad Peak, 12. góra świata o wysokości 8047 m n.p.m. Zdobyty w 1957 r. latem, ciągle jeszcze opierał się atakom zimą.

Marzec 2013 r. Czteroosobowy polski zespół osiąga szczyt, jednak do bazy wraca tylko dwóch himalaistów – Adam Bielecki i Artur Małek. Pozostała dwójka – Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski – na zawsze zostaje na zboczach góry. Informacje o okolicznościach ich śmierci budzą kontrowersje w środowisku wspinaczkowym. Okazało się, że w końcowej fazie wspinaczki zespół się rozdzielił. Pierwszy zdobywca szczytu – Adam Bielecki – podczas powrotu do obozu znajdującego się na wysokości 7400 m wyprzedził o kilka godzin drugiego zdobywcę Artura Małka.

Naginacze faktów

Laik zadaje sobie pytanie: jak to możliwe, że najsilniejszy z tego zespołu grzał się już w śpiworze, kiedy pozostała trójka walczyła o życie? Od razu jednak zostaje skarcony przez wielu specjalistów – ale też innych laików, którzy nie są miłośnikami etyki absolutystycznej – i dowiaduje się, że skoro nie był zimą na wysokości 8 km, to nie ma ani kompetencji, ani prawa się wypowiadać. Jest to argumentacja kuriozalna.

Zacznijmy od tego, że jeśli rzeczywiście warunki w górach wysokich zimą są tak skrajne, że z powodu zimna i wysokości organizm ludzki nie jest w stanie normalnie funkcjonować i popełnia się wówczas czyny, które na nizinach zostałyby uznane za nieludzkie, to ocena moralna dotyczyć powinna nie tyle wychłodzonego himalaisty na głodzie tlenowym, ile całego himalaizmu jako takiego. Skoro a priori wiemy, że jest tam tak strasznie, iż normą jest zostawianie kolegów, to po co tam się pchać? Gdyby Bielecki głosił dziś, że nie akceptuje moralnych kosztów zimowego himalaizmu, można by próbować tłumaczyć go z tego, że zostawił swoich partnerów w górach, gdy znalazł się w sytuacji, której nie był w stanie sobie wyobrazić. Ale wygląda na to, że mimo tragedii, która się wydarzyła, ciągle jest entuzjastą wypraw w góry. A o ile mi wiadomo, w Polsce tlenu nie brakuje na tyle, by nie dało się trzeźwo myśleć. Nawet na Śląsku.

Warto jednak się zastanowić nad konsekwencją przyjęcia argumentacji specjalistów za uprawnioną. Jeżeli uznamy, że strach himalaisty o własne życie może go zwalniać z partnerstwa, a nasz brak doświadczenia w takich sytuacjach odbiera nam prawo do oceny, to nie widzę powodu, by tej samej miary nie przykładać do innych dramatycznych wydarzeń, mających miejsce poza himalaizmem.

Himalaista w Jedwabnem

Chciałbym zapytać obrońców Adama Bieleckiego, jakie mają prawo, by osądzać ludzi, którzy podpalali w Jedwabnem stodołę pełną Żydów? Czy byli kiedyś na wojnie? Czy rozumieją lęk mieszkańca wioski o życie własne i swojej rodziny? Mógł on przecież liczyć na to, że czyniąc pod presją okupanta „szlachetny" w jego mniemaniu narodowosocjalistyczny gest przyłożenia pochodni do drewna, znacznie poprawi swój wizerunek w oczach Niemców – faktycznych inspiratorów tej zbrodni – i zwiększy szanse swoje i swoich bliskich?

Adherenci Bieleckiego powinni zdać sobie sprawę, że oczekiwanie, iż osiągający wysokość 8 km himalaiści będą zwolnieni z przestrzegania norm etycznych z powodu wskazań wysokościomierza, jest wyjątkowym przykładem bufonady. Otóż nie koledzy, koleżanki – jeśli tak, to musicie przyjąć do swojej ekipy jeszcze kogoś! Zdobywców Jerozolimy z 1099 roku, żołnierzy gen. Turreau, mieszkańców Jedwabnego z 1941 roku i wielu, wielu innych! Wówczas przynajmniej będziecie wiarygodni, zdejmując także im z pleców niewygodny garb.

Nie chcę bynajmniej porównywać przytoczonych zbrodni ze śmiercią himalaistów. Uważam tylko, że powyższa argumentacja de facto umożliwia wybielanie każdej niegodziwości, której człowiek może się dopuścić w warunkach skrajnych. Skoro uznamy, że trudne okoliczności zwalniają hamulce moralne, to naprawdę są sytuacje o wiele gorsze niż ucieczka z ośmiotysięcznika, w których ten mechanizm tym bardziej powinien działać.

Pech Bieleckiego

W 1986 r. wyruszyła zimowa wyprawa na Kanczendzongę w Himalajach. Do obozu szturmowego dotarło czterech wspinaczy, w tym Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki i Andrzej Czok. Rankiem okazało się, że Czok nie jest w stanie sam włożyć normalnie raków. Wyglądało to na objaw choroby wysokościowej. Obrzęk płuc – który, jak się okazało, dopadł Czoka – wymagał natychmiastowego sprowadzenia chorego na niziny, przy czym choroba gwałtownie postępowała. Co zrobili himalaiści? Wielicki z Kukuczką wyruszyli w górę, a Czok z partnerem zaczęli schodzić sami. W obozie III himalaista zmarł. Jak można było iść w górę, wiedząc, że Czok ma ewidentne objawy choroby wysokościowej? Jak ocenić prawdopodobieństwo wystąpienia poważnych kłopotów w sytuacji, kiedy chorego sprowadza w takich warunkach jedna osoba? Są to pytania retoryczne.

Z tej perspektywy rozumiem rozgoryczenie czy wręcz wściekłość Adama Bieleckiego, którego media kreują na czarny charakter polskiego himalaizmu.
 Doprawdy, Bielecki nie zostawił kolegów chorych – mimo że wszystko wskazuje na to, że miał ich gdzieś – mógł równocześnie naprawdę myśleć, że za parę godzin do niego dołączą. Wielicki i Kukuczka zostawili słabnącego Czoka tylko z jednym himalaistą, sami wybierając dalszą wspinaczkę.

W dyskusji internetowej, w której brałem kiedyś udział, Artur Hajzer (nieżyjący już twórca programu Polski Himalaizm Zimowy) przekonywał mnie, że Wielicki i Kukuczka, wyruszając w górę, nie mieli świadomości, że zostawiają chorego. Czok miał po prostu uznać, że wycofuje się z powodu uporczywego kaszlu. Tak też przedstawia sprawę raport komisji, która zajmowała się później tym wypadkiem. „11 stycznia Kukuczka i Wielicki wychodzą o świcie do ataku szczytowego, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji w sąsiednim namiocie. Zresztą opis wskazuje na to, że nie zdawał sobie z niej jeszcze sprawy sam Piasecki [partner Czoka]. Gdy rozpoczynają ubieranie, Andrzej nie jest w stanie założyć sobie raków".

A jednak już dzień wcześniej Czok walczył z upor­czywym kaszlem i miał bardzo wolne tempo, co jest typowym objawem początków choroby wysokościowej. Czy dobre partnerstwo polega na takiej komunikacji i taktyce działania, której rezultatem jest pozostawienie chorego pod minimalną opieką?

Co jeszcze łączy wyprawę na Kanczendzongę z wyprawą na Broad Peak? Otóż ta pierwsza dostarcza historycznych faktów, mogących stanowić komentarz do tłumaczeń Bieleckiego i Małka, że nie poczekali, bo było za zimno, by stać bez ruchu. Jerzy Kukuczka: „Krzysiek był szybszy, wyprzedził mnie na wierzchołku prawie o pół godziny. Nie wytrzymał jednak do mojego przyjścia i minęliśmy się 5 metrów poniżej szczytu, jak już schodził". Pół kilometra wyżej niż na Broad Peak, na wietrze, Wielicki jakoś był w stanie wystać co najmniej kilkanaście minut, czekając na Kukuczkę. Sytuacja ta pokazuje, że wbrew propagandzie wybielaczy himalaistów, którzy dali się uwieść szczytowi kosztem partnerstwa, nawet w górach wysokich pozostaje margines na człowieczeństwo. I choć oczywiście możliwości ratownictwa są w tych warunkach nieporównywalnie mniejsze, to w Himalajach i Karakorum rządzą takie same zasady, jak w Alpach, na Kaukazie czy w Tatrach. W każdym razie w zakresie moralności ich zdobywców.

Popularne posty